Anna Wieczur-Bluszcz przenosi na deski Teatru Dramatycznego w Warszawie tekst klasyczny, zdawałoby się anachroniczny i wyświechtany. A jednak ubierając go w czystą, piękną formę musicalową, tworzy spektakl kapitalny estetycznie i po ludzku ważny.
Jak opowiedzieć historię znaną szerokiemu odbiorcy, jak na nowo śmiać się z postaci śmiesznej już w swojej dawnej epoce? Reżyserka znalazła na to sposób: otoczyła się świetnymi artystami, którzy z całą mocą teatralnej pasji pomogli jej w wykreowaniu wyjątkowego w repertuarze teatru spektaklu opartego na sukcesie broadwayowskiej sztuki Dale’a Wassermana Człowiek z La Manchy. Kapitalna praca świateł (Paulina Góral), scenografii (Ewa Gdowiok) i multimediów (Tadeusz Nowakowski) w połączeniu z błyskotliwą choreografią (Anna Iberszer) i ogromem orkiestrowej muzyki skomponowanej przez Mitcha Leigh (dyrygował Adam Sztaba) tworzą misterną szkatułkę scenicznych doznań – wesołą, urokliwą, dopracowaną w każdym calu, która podaje podprogowo tak potrzebne dzisiaj przypomnienie o nadrzędności szlachetnych postaw, bez względu na czas, epokę czy niegodziwości innych.
Reklama
Ogrom pracy, tytaniczny wysiłek. Właśnie to można dostrzec, gdy ogląda się aktorów w akcji. Należy pamiętać, że nie jest to zespół teatru muzycznego, nie są to piosenkarze ani śpiewacy, którzy próbują grać, lecz aktorzy, którzy lwią część swoich kreacji musieli budować od podstaw w oparciu o śpiew. Kilka miesięcy żmudnych prób przyniosło jednak zamierzony, a może nawet nieoczekiwany skutek: fenomenalną jakość wokalną i choreograficzną, która tylko uwypukla najważniejsze cechy postaci i aktualizuje dla współczesnego odbiorcy ważne przesłanie opowieści o błędnym rycerzu.
Mimo że cała obsada zasługuje na pochwałę, szczególne wyróżnienie należy się Modestowi Rucińskiemu, który nie dość, że aparycją wypisz wymaluj zlał się w jedno z archetypem Don Kichota, to ani na moment nie wychodzi z formy. Modulacja głosu, charakterystyczny śpiew, charyzmatyczna gra aktorska... To postać kompletna. Podobnie rzecz się ma z Krzysztofem Szczepaniakiem (Sancho Pansa), który już zdążył przekonać widzów, że umie śpiewać (Cabaret), teraz jednak wydobywa ze sztuki maksimum komizmu i oddechu, kradnie kilka scen Don Kichotowi i eksploduje talentem. Coraz trudniej będzie Szczepaniakowi przebijać samego siebie. Mariusz Drężek nigdy nie schodzi poniżej świetnego poziomu, a Mateusz Weber popisał się iście jaskółczym śpiewem – wielkie brawa!
No i muzycy! Dwie godziny wspaniałej ścieżki dźwiękowej na żywo, bogatej melodycznie, różnorodnej – muzycy są cichymi bohaterami spektaklu, niewidocznymi budowniczymi estetycznego zachwytu widowni.
Anna Wieczur-Bluszcz tworzy musical totalny: świetnie dopracowany, zabawny, brawurowo zagrany. To baśń dla dorosłych, potrzebna każdemu z nas, by od czasu do czasu przypomnieć sobie, że dobro i szlachetność nie mogą odchodzić w niebyt na rzecz pesymistycznego rozumu; że choćby świat był przesiąknięty złem, wiara w dobry uczynek musi nas prowadzić naprzód. Bo jak śpiewał o Don Kichocie Jacek Kaczmarski: Czoło mi stary garnek studzi,/ Niesie wierzchowiec sparszywiały,/ Lecz niesie godnie,/ Nie widzę celu w drodze ludzi,/ Co z pragnień tworzą ideały,/ A z ideałów zbrodnie. >>n
Człowiek z La Manchy reż. Anna Wieczur-Bluszcz, Teatr Dramatycznym w Warszawie
Do dziś mam w pamięci wspaniałe wykonanie owego monologu przez 21-letniego Karola Wojtyłę. Już w czasie prób słuchaliśmy go z podziwem i dreszczem grozy
Kraków, lata okupacji. Po aresztowaniu i wywiezieniu do obozów koncentracyjnych wszystkich profesorów Uniwersytet Jagielloński i inne wyższe uczelnie w naszym mieście są zamknięte. Teatr im. J. Słowackiego działa jako Staatstheater z czysto niemiecką obsadą aktorską. Wykonywanie muzyki Chopina jest zakazane, Filharmonia daje koncerty „nur für Deutsche”, polskie życie artystyczne schodzi do podziemia.
W okupowanym Krakowie już w listopadzie 1939 r. organizuje się tajne nauczanie na szczeblu licealnym, potem uniwersyteckim - na wielu wydziałach. Zawiązują się też małe, działające oczywiście w podziemiu, grupy o zainteresowaniach muzycznych, literackich, a także teatralnych. Znalazłam się w jednej z nich - tej samej, do której należał Karol Wojtyła.
W lecie 1941 r. przybywa do Krakowa bardzo bliski przyjaciel Karola, wadowiczanin, polonista i fanatyk sztuki teatru - dr Mieczysław Kotlarczyk. Wnosi on do naszego środowiska ideę późniejszego Teatru Rapsodycznego, teatru, który w tym trudnym czasie ma zająć się artystycznym mówieniem arcydzieł polskiej poezji.
Ze względu na konieczność posiadania tzw. Arbeitskarte pracowałam wtedy jako maszynistka w centrali „Społem”. Był początek sierpnia 1941 r., właśnie wróciłam z urlopu, kiedy niespodzianie przyszedł do mnie do biura Karol. Wzbudził pewną sensację wśród moich biurowych koleżanek, miał bowiem na sobie drelich roboczy, zapewne wracał z pracy w podkrakowskim kamieniołomie. Od razu zrozumiałam, że przynosi jakąś ważną wiadomość. Wyszliśmy na korytarz i wtedy usłyszałam: „Przeczytaj «Króla-Ducha» i przyjdź w środę na Komorowskiego. - To był adres naszej koleżanki, gdzie często się zbieraliśmy. - Przyjechał Mietek Kotlarczyk. Zaczynamy robotę”.
Można by powiedzieć, że tymi słowami Karol ustawił mój dalszy los artystyczny. Natychmiast po pracy poszłam do znanego antykwariatu Stefana Kamińskiego przy ul. Podwale i tam udało mi się kupić jedyny egzemplarz najlepszego, pełnego wydania „Króla-Ducha”, w opracowaniu Jana Gwalberta Pawlikowskiego. To właśnie ta książka miała być pod ręką na wszelki wypadek, jako sufler, stąd wmontowane w oprawę kolorowe zakładki, wskazujące poszczególne fragmenty. Książka leżała na pianinie obok świecznika i w prapremierowym przedstawieniu zagrała jako znak plastyczny, obok umieszczonej na tle ciemnej kotary białej maski Słowackiego i wiązanki chryzantem. Bowiem już 1 listopada, w dzień Wszystkich Świętych, nasza pięcioosobowa grupa wystąpiła z pokazem opracowanych przez Kotlarczyka fragmentów epopei Słowackiego. Owa uroczysta premiera, inaugurująca ponad 20-letnią, niepozbawioną wielorakich klęsk, działalność Teatru Rapsodycznego, była niejednokrotnie opisywana. Ja skupię się wyłącznie na osobie Karola Wojtyły, na jego znamiennym udziale w tym pierwszym rapsodycznym przedstawieniu.
Kotlarczyk powierzył mu m.in. kończący spektakl monolog Bolesława Śmiałego. Monolog ten stanowi naczelny wątek Rapsodu V. Jest przywołaniem pamięci o dramacie, jaki rozegrał się pod koniec XI stulecia między Wawelem a Skałką - między królem a biskupem Stanisławem.
Do dziś mam w pamięci wspaniałe wykonanie owego monologu przez 21-letniego Karola Wojtyłę. Już w czasie prób słuchaliśmy go z podziwem i dreszczem grozy, ale owego pierwszolistopadowego wieczoru osiągnął najwyższy stopień ekspresji artystycznej. Było to wykonanie pełne napięć, dynamiki, niezatracające jednego odcienia znaczeniowego. Przedstawiał te dramatyczne zdarzenia z tak pełnym zaangażowaniem, że wierzyło się każdemu słowu, a szczególny urok osobowości samego Karola jednał sympatię dla nieszczęsnego monarchy.
Po dwóch tygodniach powtarzamy „Króla-Ducha” w innym mieszkaniu, dla innej publiczności. Wszystko szło normalnym, szczegółowo wypracowanym torem. Czekaliśmy w napięciu na finalny, tchnący dramatyzmem Rapsod V, ten o Bolesławie Śmiałym. I oto dzieje się coś niebywałego! Karol przedstawia całkiem odmienną wersję tego samego przecież tekstu - mówi cicho, monotonnie, w sposób zupełnie pozbawiony owych przejmujących tonów namiętności, pychy, buntowniczej pasji, także rozpaczy wobec zarysowującego się upadku państwa, nad którym zaciążyła klątwa króla. Byliśmy zaskoczeni, rozczarowani i po prawdzie oburzeni. Zasypaliśmy Karola pytaniami, zarzutami: - Co się stało? Jak mogłeś? Dlaczego? Pamiętam dobrze zdumiewający sens jego odpowiedzi: „Przemyślałem sprawę, to jest spowiedź, tego chciał Słowacki”.
Długo nie mogłam się pogodzić ze stratą tamtej interpretacji. Ale później też przemyślałam sprawę i przypomniałam sobie, co mówi poeta w pierwszym Rapsodzie - „a któżby to śmiał w księgi ludzkie włożyć, dla sławy marnej, a nie dla spowiedzi”. Ośmielam się przypuszczać, że w czasie tych dwóch tygodni dzielących pierwszą i drugą interpretację Rapsodu o Bolesławie Śmiałym doszło do głosu najgłębsze istotne powołanie już nie artysty, lecz kapłana. Wyraziło się przez zmianę punktu widzenia. Postawa obrońcy racji króla, dominująca w pierwszym wykonaniu, przemieniła się w postawę grzesznika, który po wiekach pokuty dociera do tragicznej prawdy o sobie samym.
Juliuszowi Słowackiemu nie starczyło życia, aby dokończyć Rapsod V „Króla-Ducha”, zrobił to pół wieku później Stanisław Wyspiański. Ale tak naprawdę ostatnie słowo w tej sprawie wypowiedział kard. Wojtyła, nie tylko przez ów niezwykły akt modlitwy w Osjaku za duszę zabójcy swojego poprzednika na stolicy biskupiej w Krakowie - św. Stanisława. Sądzę, że pośmiertny los wyklętego ze społeczności Kościoła, wygnanego i zmarłego czy może zamordowanego króla - okoliczności nie są znane - musiał już w młodości niepokoić wykonawcę monologu Bolesława. Nie jest chyba bowiem przypadkiem, że ostatnim utworem przyszłego papieża, który powstał przed 16 października 1978 r., jest poemat jakby podsumowujący tysiącletnią historię Kościoła w naszej Ojczyźnie, a odnoszący się do tego samego dramatu. Utwór ten nosi tytuł „Stanisław”.
Sejmowa komisja zdrowia opowiedziała się za projektem ustawy z poprawkami znoszącym całkowity zakaz reklamy aptek. Przepisy mają pozwolić na prowadzenie reklamy, ale z ograniczeniami. Za ich przekraczanie ma także zostać podniesiona kara - z 50 do 100 tys. zł. Autorem projektu jest Ministerstwo Zdrowia.
Projekt przedstawiła wiceminister zdrowia Katarzyna Kacperczyk. Wyjaśniła, że zgodnie z definicją zawartą w projekcie reklamą apteki lub punktu aptecznego jest działalność polegająca na zachęcaniu do skorzystania z oferty tych placówek. Chodzi o zwiększenie sprzedaży oferowanego asortymentu, świadczonych w nich usług lub realizowanych w nich świadczeń lub programów wynikających z powszechnie obowiązujących przepisów prawa.
W drodze do kapłaństwa nie ma drogi na skróty. W seminarium trzeba się nauczyć, jak trwać w obecności naszego Mistrza – mówił Papież podczas spotkania z alumnami dwóch włoskich seminariów duchownych: w Molfetcie i Aversie. Podkreślił, że całe przygotowanie do kapłaństwa musi być zakorzenione w relacji z Bogiem, który powołuje człowieka do swej misji – podaje Vatican News.
Papież zauważył, że obecność seminarzystów jest znakiem nadziei dla całego Kościoła.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.